Gdyby ktoś mnie zapytał, to powiedziałbym, że suszę piasek pod japoński ogród.

Nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, jak przygotowuje się piasek pod japoński ogród, ale wszyscy słyszeli, że Japończycy parzą herbatę dziesięć razy, zanim w ogóle jej spróbują, że mieszają ją tylko w lewo, tylko prawą ręką itp. Poza tym wszyscy lubią Japończyków. To taka wspaniała starożytna kultura. Ja też lubię Japończyków, mimo że nigdy nie byłem w Japonii. To taka wspaniała starożytna kultura.

Siedzę więc tutaj i suszę piasek pod japoński ogród, z tym że to nie jest piasek, tylko prochy mojej żony, którą zamordowałem, i nie dokonuję piątego rytualnego suszenia po drugiej kwarcie księżyca, tylko suszę jej prochy, bo pies naszczał do urny.

Nawet ja nie nienawidzę jej tak bardzo, żeby pozwolić jej gnić w szczynach Raptora.

Raptor najwyraźniej miał inne zdanie. Chociaż, jakby się zastanowić, to jest naprawdę wiele osób, które przyjęłyby informację, że suszę prochy mojej żony ze szczyn Raptora, z nieukrywaną satysfakcją. Mogłoby to jednak doprowadzić do serii nieprzyjemnych pytań zaczynających się od: „Jak to, Maria nie żyje? Myśleliśmy, że zostawiła cię z długami i wyjechała do Włoch”.

Tak…

Zdecydowanie wolałbym uniknąć serii pytań zaczynających się w ten sposób.

Muszę jednak przyznać, że gdy zobaczyłem Raptora szczającego z obojętną miną do puszki, w której trzymałem prochy po Marii, to przeżyłem pewnego rodzaju katharsis. W momencie gdy zobaczyłem ciemnożółty strumień rozbijający na boki ciemnoszary popiół… Ach… Pierwsze, co sobie pomyślałem, to, że będę musiał zmienić karmę Raptora, bo chyba znowu siadają mu nerki – ten ciemny mocz był naprawdę niepokojący. Z drugiej strony ciemny mocz pięknie komponował się z ciemnym popiołem prochów mojej byłej żony, i to był moment, w którym ostatecznie pogodziłem się, że zamówiłem pięć kilogramów karmy canadian pet z tuńczykiem za 169 dolarów plus przesyłka.

– Raptor naszczał do puszki – powiedziałem do słuchawki.

– Do jakiej puszki? – odpowiedział kochanek mojej żony. Mojej byłej żony.

– No jak to, do jakiej? – Byłem już zniecierpliwiony.

– Ach, no racja! – wykrzyknął Joe. – Ty chory pojebie – zreflektował się po chwili błogiej kontemplacji. – Nawet ona nie zasłużyła na takie traktowanie…

– Naprawdę tak uważasz? Po tym, jak cię urządziła?

– Ufff… no tak, masz rację… – powiedział zamyślony Joe. – Wiesz co? Chyba zaczynam jej powoli wybaczać. Gdy patrzyłem wtedy, jak jej ciało się spala… poczułem coś jakby ulgę. Miałem nawet wrażenie, że krzyczała jeszcze, żebyśmy dali jej żyć. To było takie oczyszczające.

– Joe – powiedziałem tym tonem, którym odpowiadasz dziecku, gdy pyta cię o to, czy wysłałeś już jego list do św. Mikołaja – wiesz, że to niemożliwe. Te komory są niemal dźwiękoszczelne.

– Wiem, wiem, masz rację. Zostawisz to tak?

– Nie, no co ty, już zaczęło śmierdzieć. Ta nowa karma chyba nie służy Raptorowi.

– Naprawdę? Ta z tuńczykiem? Przecież kosztowała majątek.

– Chyba dałem się złapać reklamie. Nie wiem, jak oni to robią, ale te zwierzaki w reklamach wyglądają, jakby wsuwały cielęcinę z gwiazdką Michelina.

– Stary, tresują je od małego, tak jak nas, żebyśmy na każdy ból łykali tabletkę. Wiesz, że lekarze przepisują dzieciom placebo z cukru, żeby tylko przyzwyczajać je do brania leków? Koncerny farmaceutyczne wydają miliardy…

– Joe, Joe! – przerwałem mu. – Wiesz, w jakiej sytuacji do ciebie dzwonię, a mimo to pierdolisz o tych swoich teoriach spiskowych?

– Sorry, masz rację. – Joe wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze. – Przepraszam. Jestem pewien, że jak wrócicie do tej starej karmy, to wszystko będzie w porządku.

– Dziękuję, Joe, tego właśnie potrzebowałem – powiedziałem dość protekcjonalnie, chociaż tak naprawdę zrobiło mi się trochę lżej. – No nic, będę kończył. Jeszcze kupa roboty przede mną.

– W sensie, że jeszcze się zesrał?

– Nie, to taki związek frazeologiczny. Jeszcze dużo przygotowań.

– Ach, pewnie. To co, widzimy się wieczorem?

– Jasne, wpadnij o ósmej, to wypijemy szampana.

Joe jest kochankiem mojej żony od pięciu lat. W zasadzie to był, no bo ona już nie żyje. Gdy po raz pierwszy dowiedziałem się, że ze sobą sypiają, byłem wściekły.

– Joe! Jak możesz znowu wpieprzać się w takie bagno, przecież wiesz, jaka Maria jest straszna! Zrobi ci wodę z mózgu tak samo jak Richardowi, a ja nie będę znowu odwiedzał szpitala dla czubków tylko dlatego, że jesteś moim młodszym bratem!

– Daj mi spokój, dobrze? To jest moje życie i mam prawo z nim robić, co mi się żywnie podoba – wykrzyczał Joe. – Zawsze byłeś nadopiekuńczy – dodał po chwili. – Poza tym dobrze wiesz, że tata miał wtedy ciężki okres i pewnie i tak skończyłby w szpitalu.

– Tak, masz rację. Ta praca była całym jego życiem…

Zgoła inną rozmowę odbyłem z naszym sąsiadem Markiem. Mark był prawnikiem w dużej korporacji gdzieś niedaleko Wall Street i kupował mojej żonie – o przepraszam, wtedy była dopiero moją narzeczoną – diamenty po każdym wspólnym weekendzie. Gdy zobaczyłem w szafie mojej żo… Marii – po prostu Marii – gdy zobaczyłem w jej szafie piąty naszyjnik, poczułem, że miarka się przebrała.

Poszedłem do garażu i ze starej wojskowej skrzynki wyciągnąłem glocka. Przeładowałem go i zostawiłem w magazynku jedną kulę. „Jeden nabój wystarczy”, pomyślałem.

Musiałem zaczekać trzy godziny, aż po pierwsze, Mark wróci z pracy – codziennie pracował do późna, a po drugie, jego żona wsiądzie z dziećmi do taksówki i pojadą na lotnisko. Jechali do domku letniskowego w New Hamptons. Gdy widziałem, jak Mark wpada do domu tylko na chwilę, żeby pocałować żonę i dzieciaki na do widzenia, coś we mnie pękło. „Życie jest takie straszne”, pomyślałem.

Wiedziałem, że jego żona bardzo go kocha. Po dziesięciu latach małżeństwa wciąż patrzyła na niego maślanymi oczami. Nawet ja miałem wtedy motyle w brzuchu… Mark tymczasem pracował po dziesięć, dwanaście godzin dziennie, żeby zapewnić swojej rodzinie jak najlepsze życie, i nie rozumiał, że jego bliscy nie potrzebują kolejnego czeku na pięćdziesiąt tysięcy dolarów, tylko trochę więcej czasu z mężczyzną, którego kochają. Faceci czasami niczego nie rozumieją…

Sprawdziłem, czy pistolet jest zabezpieczony, i zakradłem się od tyłu do domu Marka. Nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie zobaczył. W przyszłości mogłoby to doprowadzić do serii naprawdę nieprzyjemnych pytań.

Widziałem, że siedzi na kanapie i ogląda mecz Knicksów. Pił czerwone wino, pewnie to samo czerwone wino, które trzyma w swoim domku letniskowym, w którym sypiał z moją żoną. Znaczy z moją byłą żoną. Chociaż w tamtym czasie dopiero narzeczoną. Nieważne. Z Marią.

Zakradłem się powoli do drzwi, rozsunąłem je bezszelestnie i wszedłem do środka.

Gdy stanąłem naprzeciwko niego z pistoletem wycelowanym prosto w jego czoło, zapiszczał jak mała dziewczynka. Zupełnie jak jego trzyletnia córeczka, która wywróciła się kilka dni temu na rowerku. Córeczka, którą tak bardzo kochał, ale mimo tego w ogóle nie myślał o tym, jak będzie wyglądało jej życie…

– Mark – powiedziałem spokojnie, nie myśląc na razie o konsekwencjach. – Ile my się znamy? Ile lat jesteśmy już sąsiadami? Ile lat gramy w tej samej drużynie w kosza?

Cisza.

– Zawiodłem się na tobie – dodałem, kręcąc głową. – Czy naprawdę myślałeś, że ujdzie ci to na sucho?

Mark znowu nic nie odpowiedział, gapił się tylko w lufę pistoletu. Prawdopodobnie zaczynał rozumieć, że to wszystko może się skończyć tylko w jeden sposób.

– Mark – kontynuowałem, nie zważając na to, że on milczał, chociaż myślałem, że coś powie, że przynajmniej się przywita, ile lat w końcu już się znaliśmy? Niemniej jednak mówiłem dalej. – Mark, to jest glock 22 RTF2. W środku jest jeden nabój z krzyżem naciętym na głowicy. Dzięki temu gdy pocisk wejdzie w twoją czaszkę, rozczłonkuje się i oderwie tylny płat twojej głowy. Śmierć natychmiastowa. Prawdopodobnie przy okazji upierdoli też tapetę w całym pokoju, więc – tutaj wysypałem na stolik zawartość plecaka, przewracając przy okazji kieliszek czerwonego wina, tego wina – wziąłem ze sobą worek na śmieci i taśmę klejącą.

Cisza.

– Wiem, że twoja żona naprawdę lubi tę tapetę – dodałem na wypadek, gdyby nie zrozumiał. 

Mark jednak tylko przełknął ślinę, wciąż gapiąc się na lufę pistoletu. Do jego oczu zaczęły napływać łzy.

– Mark. Chciałbym, żebyś pomyślał teraz o swojej żonie. O swoich dzieciach. Czy naprawdę uważasz, że na to zasłużyli?

Łzy zaczęły kapać na poduszki.

– Mark – kontynuowałem tyradę. – To nie może się skończyć inaczej. Teraz jesteście szczęśliwi. Jeździcie na weekendy, sypiacie ze sobą, kupujesz jej diamenty, bardzo ładne swoją drogą, ale za kilka tygodni, być może za kilka miesięcy, zacznie się drugi etap, zacznie się to samo, co było z Liamem, Noahem, Ethanem i Sophią. Zacznie się faza zjazdu i wtedy jedyne, co ci pozostanie… – Włożyłem mu lufę do ust, usiadłem obok niego na kanapie i objąłem go ramieniem. – Mark, znam cię, jesteś bardzo wrażliwym facetem, nie będziesz w stanie sobie z tym poradzić. Jeżeli dalej będziesz się spotykał z moja narzeczoną, to ona usmaży ci mózg, a wtedy pewnego dnia twoja żona znajdzie cię leżącego na ziemi z czarnym workiem na głowie i szarą taśmą owiniętą wokół szyi, żeby nie ubrudzić tej pięknej tapety za 200 dolców za metr.

Wyciągnąłem lufę z jego ust i położyłem mu pistolet na kolanach. Teraz łzy leciały mu po policzkach jak z kranu.

– Chciałbym, żebyś trzymał ten pistolet, worek i taśmę pod poduszką jako przypomnienie, że jeżeli nie skończysz tego romansu, to on skończy z tobą. Czy naprawdę chcesz tego dla swojej rodziny?

– Wiem, przepraszam! – Mark odezwał się pierwszy raz i wybuchnął histerycznym płaczem. – Ja po prostu nie mogłem się powstrzymać, wiesz, jaka ona jest!

– Wiem, Mark, wiem – powiedziałem i mocno go przytuliłem.

Minęła godzina. Mark chlipał, a Knicksi przegrali z Lakersami 88 do 109.

– Dzięki – powiedział w końcu Mark. – Jesteś prawdziwym przyjacielem. Dziesięć lat wspólnej gry w kosza to prawie jak wojsko.

– Po to tu jestem – odparłem i wstałem. – Przepraszam za wino, nie chciałem go rozlać, ale byłem trochę, no wiesz, rozemocjonowany.

– Nie ma sprawy. – Mark przetarł oczy. – Wcale ci się nie dziwię. To w końcu twoja narzeczona i ty najlepiej wiesz, do czego może doprowadzić człowieka. 

* * *

Punkt ósma dzwoni dzwonek do drzwi. Wiem, że Joe ma klucze, w końcu sypiał z Marią od pięciu lat. Doceniam jednak to, że tym razem ich nie użył. Joe zna mnie naprawdę bardzo dobrze. Wie, że bardzo przeżywam, gdy coś dzieje się Raptorowi, i że mogę potrzebować chwili, żeby doprowadzić się do porządku.

– Hej, Joe – mówię, otwierając drzwi. – O, cześć, Mike. Nie spodziewałem się ciebie dzisiaj.

Mike – piąty kochanek mojej żony. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale dwa lata temu nasze stosunki bardzo się oziębiły.

– Wiem, że ostatnio nie układa się między nami najlepiej, ale pomyślałem, że w takiej chwili trzeba zapomnieć o przeszłości.

Mike zawsze wydawał się porządnym facetem. Przyjaźnisz się z kimś piętnaście lat, myślisz, że znasz go na wylot, a tu pewnego słonecznego październikowego popołudnia dowiadujesz się, że Mike głosuje przeciwko twojemu pomysłowi przerobienia osiedlowego skrzyżowania na rondo. Ni z tego, ni z owego, jeden głos, który ubija twoją inicjatywę obywatelską. 

Odpowiadam, że ma rację, powinniśmy zapomnieć, ale w głębi duszy wciąż żałuję, bo to rondo naprawdę rozładowałoby ruch na naszej ulicy.

– Jeffrey i Mark zajechali na stację benzynową, żeby kupić burbon. Pytają się, czy czegoś nie potrzeba. – Joe czyta SMS.

– Chyba wszystko mam – odpowiadam, przelatując w głowie przez zapasy.

– Jeffrey pyta, czy kostkarka już działa.

– Ach, masz rację – mówię. Rzeczywiście, ostatnio gdy Jeffrey i Maria uprawiali seks w kuchni, to wpadli na lodówkę i zepsuli kostkarkę. Jakoś nie miałem czasu się tym zająć. – Niech kupią ze dwa worki, będzie nas dzisiaj sporo. 

– Berta nie będzie – informuje mnie Joe. – Ma zatrucie żołądkowe.

– Bert też? 

– Tak, Bert też. 

– Przecież Bert ma żelazny żołądek..

– Wiem, to musiało być coś z tą wołowiną – stwierdza Joe.

– Nigdy więcej nie pójdę do Roasted Duck – mówi Mike i pierwszy raz od dawna muszę się z nim zgodzić. 

Godzinę później siedzimy już w komplecie. Wszyscy, którzy kochali moją żonę – każdy na swój sposób – przybyli, żeby się z nią pożegnać. Dobrze, że mam w szopie dodatkowy komplet dwunastu rozkładanych krzeseł ogrodowych, bo byśmy się wszyscy nie pomieścili.

Przyjechał nawet Milton, producent filmowy z LA. Wiem, że spali ze sobą tylko kilka razy, gdy Maria była na konferencji w Kalifornii, a jednak gość czuł się na tyle zobowiązany, że przeleciał 2789 mil na tę małą ceremonię. Jestem na swój sposób wzruszony. 

Gdy wszyscy mamy nalanego szampana, mój tata wstaje i podchodzi do urny.

– Synu – mówi, przesypując w dłoniach prochy mojej żony. To znaczy mojej byłej żony. Po prostu Marii… – Szkoda. – Patrzy mi głęboko w oczy, – Niezależnie od wszystkiego musisz przyznać, że twoja matka była naprawdę wyjątkową kobietą.

KONIEC